Internet i zarabianie
Do tego, że internet znajduje się w większości miejsc pracy wszyscy zdążyli się już chyba przyzwyczaić. Tymczasem coraz więcej zapytań do Google brzmi “praca w internecie”. I rzeczywiście oczom internauty ukazują się setki stron- zarówno polskich jak i zagranicznych- umożliwiających zbicie bajecznej fortuny za czytanie, klikanie, oglądanie. Niestety większość z takich ofert to bujda na resorach. Gdyby było inaczej to przynajmniej połowa z nas już byłaby milionerami, a jednak wciąż nie brakuje naiwnych, którzy wierzą, że można na liście najbogatszych ludzi świata znaleźć się dzięki temu, czego nie robi nikt- czytaniu spamu i oglądaniu fatalnych reklam. Nie oznacza to bynajmniej, że praca przez internet nie istnieje. Nie istnieją tylko cuda. Tymczasem praca, jaką można wykonywać siedząc w domowym zaciszu przez monitorem komputera należy zazwyczaj do nudnych, słabo płatnych i monotonnych zajęć. Dla bardziej ambitnych oczywiście są i oferty bardziej ambitne i bardziej pracochłonne, ale zarobić w internecie się da. Cała sztuka bycia internetowym pracownikiem polega na tym, żeby nie dać się naciągnąć na to, na co w realnym świecie również byśmy się nie zgodzili. Jeden z najpopularniejszych sposobów na zbicie fortuny. Tak przynajmniej wskazują statystyki przeglądarek internetowych. Informacji tej jednak nie potwierdzają ani dane bankowców ani tym bardziej głosy wszystkich tych, którzy dzięki klikaniu w banery reklamowe mieliby osiągnąć fortunę. Jeśli na czymś takim ktokolwiek zarobi to tylko i wyłącznie posiadacz danego programu, któremu wciąż nie wiedząc dlaczego przybywa coraz to nowych użytkowników. Ile razy trzeba kliknąć w banery, żeby zarobić swój pierwszy milion, albo chociaż pierwsze dwa złote, jeśli wartość jednego naszego kliku to w najlepszym wypadku ćwierć grosza? To i tak byłaby bardzo wysoka stawka. Oczywiście można na raz zainstalować sobie ze trzy programy, które automatycznie zmieniają banery reklamowe (niestety, więcej okien na pulpicie się już nie zmieści). I tylko wciąż brakuje ludzi, którzy w ten sposób zarobili choć w przybliżeniu tyle, ile musieli zapłacić za energię elektryczną zużytą w tym czasie przez komputer. Dlaczego też najchętniej w ten sposób reklamują się firmy oferujące przeglądanie banerów? Proste. Bo większość z nich ma wspólnego właściciela, ewentualnie z sentymentu do tej branży działalności- bo jaka poważna firma zapłaciłaby za taką reklamę? Wniosek? Na oglądaniu reklam można zarobić jedynie doświadczenie życiowe- w dodatku całkiem zbędne. Ostatnio coraz popularniejsze stają się ogłoszenia (zwłaszcza na darmowych portalach), że wpisując byle co po angielsku na temat pokazanej strony internetowej zarabia się kilkaset dolarów tygodniowo. U człowieka odpowiedzialnego i zdrowo myślącego ogłoszenie takie może wzbudzić śmiech, albo zadumę. W pierwszym przypadku nie ma o czym mówić i reakcja jest zupełnie właściwa. A nad czym dumać? Pytań jest całkiem sporo. Co powoduje, że przy tak dobrych zarobkach ktoś dzieli się z szerokim gremium kopalnią złota? Na przykład to, że jedynym sposobem na zarobienie jest zebranie grupy tak zwanych “poleconych”, którzy rejestrując się z odpowiedniego linku powiększają stan konta linkującego. Nadmienić jeszcze można, że około osiemdziesięciu procent kliknięć trafia w stronę, która nie jest tą podlinkowaną, a polecający nie zarabia nic- dlatego trzeba znaleźć całą masę chętnych. Drugie pytanie, nieco bardziej istotne: jeśli za jedną recenzję dostajemy dwa dolary to ile musi płacić osoba zlecająca recenzję? Właściciel strony z recenzjami też musi coś zarobić, a recenzentów są tysiące. Jaki pracodawca, tym bardziej w okresie kryzysu, zapłaci kilkadziesiąt tysięcy dolarów, żeby przeczytać, że jego strona ma “nice logo” albo nawet jest zupełnie “bad”? Ewentualnie może pod adresem swojej strony przeczytać zlepki kilkudziesięciu znaków, z których gdyby się postarać to można poprzez zmianę kolejności losowej w uporządkowaną ułożyć kilka słów. Zainteresowanie rośnie. Współczynnik myślenia- najwyraźniej już nie.